piątek, 21 lipca 2017

LSD i wilkołak tańczący breakdance

    To o czym chcę napisać zdarzyło się w Madison (Stany Zjednoczone) w maju roku 2004.
Linda Godfrey, dziennikarka i pisarka, która praktycznie całe swoje życie poświęciła dwunożnym wilkom, opisała w swojej książce Hunting the American Werewolf ciekawy przypadek.

    W pewne pochmurne majowe popołudnie, Linda przemierzała Madison z koleżanką bez szczególnego celu. Zanosiło się na ulewę, więc wstąpiły do lokalnej księgarni z książkami używanymi. Po wstępnym zapoznaniu się z księgozbiorem i wybraniu kilku pozycji, Linda podeszła do kasy. Zawsze interesowało ją to, czy w danej księgarni oferują książki jej autorstwa, zapytała więc sprzedawcy o jedną ze swoich pozycji pt. "Beast of Brey Road" (Bestia z Brey Road). Jego reakcja była można powiedzieć nieadekwatna do zadanego pytania. Krew momentalnie odpłynęła z jego twarzy, zupełnie jakby zobaczył własną śmierć. Rozejrzał się dookoła i poprosił Lindę by zaczekała chwilkę, ponieważ bardzo chce z nią porozmawiać. Po jakimś czasie, kiedy obsłużył swoich klientów, podszedł do niej i opowiedział coś czego nigdy w życiu nie słyszała, a słyszała już wiele, wiele różnych dziwnych opowieści o spotkaniach z dwunożnymi bestiami, wilkołakami jak kto woli.

    Zbliżający się do 30-tki sprzedawca, którego Linda nazwała na potrzeby książki Preston (zgodził się opublikować swoją opowieść, ale pozostał anonimowy) nie chciał dzielić się swoim doświadczeniem z innymi, bo dobrze wiedział, że zostanie potraktowany jak wariat. Dlatego też, tak bardzo zależało mu na tym by opowiedzieć o swoim przeżyciu z kimś kto to zrozumie i być może pomoże mu je wyjaśnić. Mówił, a Linda zapisywała każde jego słowo.

Preston: Przede wszystkim, muszę powiedzieć, że nie jestem szalony, ale widziałem to coś i nie wiem czym to coś było. Jestem absolwentem, obroniłem dwa licencjaty z nauk ścisłych, pracuję i nie jestem jakimś świrem. Nie jestem narkomanem, nic z tych rzeczy. Nie miewam dziwnych doświadczeń, poza jednym w zeszłym tygodniu, a skoro napisałaś tą książkę, być może powiesz mi co to mogło być.

Preston spędzał właśnie noc w domu swojej ex. Około godziny 1:30 postanowił wyjść na spacer, nie mógł zasnąć.

Preston: To wydarzyło się jednej nocy w zeszłym tygodniu.

Linda: Gdzie?

M: Nieopodal domu mojej ex, który znajduje się na przesmyku (tłum. pas lądu pomiędzy dwoma jeziorami w Madison). Byłem tam, ponieważ chciałem jakoś posklejać na nowo nasz związek do kupy. Miałem nadzieję zostać tam na noc, ale kiedy leżeliśmy w łóżku, nagle poczułem potrzebę wyjścia stamtąd i pójścia na spacer. Moja ex nie była tym zachwycona i nie zrozumiała moich pobudek, dlatego zatrzasnęła za mną drzwi.
    Zresztą nieważne. Chodziłem sobie po okolicy, kiedy zobaczyłem coś co wyglądało początkowo jak człowiek, mężczyzna, który próbuje chodzić na czworaka. Nie chodził on jednak na czworaka tak jak robi to normalny człowiek. To było bardzo dziwne. Myślałem, że jest to prawdopodobnie jakiś wariat, więc zacząłem się oddalać, i wtedy zaczął się zmieniać.


L: Zmieniać?

M: Tak, wiem, myślisz na pewno, że to jakieś wariactwo. Ale nagle przemienił się ogromnego psa, czy coś w tym rodzaju. I wtedy zaczął poruszać swoimi nogami naprawdę bardzo szybko. Coś do czego mógłbym to porównać to osoba, która tańczy breakdance, kiedy wymachuje i kopie w powietrzu swoimi nogami. Stałem tam i próbowałem jakoś to pozbierać do kupy, cokolwiek z tego zrozumieć, zastanawiałem się czy mogą to być dwa kopulujące ze sobą psy. Jedynym jednak sposobem, w który mogę to opisać to to, że to coś... morfowało, a kiedy skończyło, odwróciło się i spojrzało na mnie. Miało ciało porośnięte ciemną sierścią oraz tak jakby głowę i twarz goryla.

L: Bałeś się? Co wtedy zrobiłeś?

M: Ta ulica nie była jakoś specjalnie odizolowana. Podczas tego całego procesu samochody przejeżdżały w niedalekiej odległości od stworzenia, ale czułem, że to coś w ogóle nie obawia się samochodów, czy też mnie. Byłem jakieś niecałe 20 metrów od niego, do tego jeszcze dochodzą światła uliczne, więc widziałem wszystko bardzo dobrze. Sam również nie mogę powiedzieć, że się bałem. Nie wiedziałem czy to coś chciało mnie skrzywdzić czy też nie. Nie wiedziałem jednak co mam robić i co może zaraz zrobić to stworzenie, więc szybko oddaliłem się stamtąd. Najgorsze w tym wszystkim było to, że musiałem wrócić do domu mojej ex. Stałem tam i dzwoniłem w środku nocy, aż wreszcie mnie wpuściła. Kiedy zobaczyła mnie przed drzwiami, powiedziała, że wyglądam jak śmierć.

    Twarz Prestona w trakcie opowiadania tej historii była trupio blada, a jego wzrok przypominał jak to napisała Linda, wzrok skrzywdzonego drozda (taki ptak, gdyby ktoś pytał). Widać było, że czuje się tym wszystkim bardzo zażenowany, ale jednocześnie odczuwa sporą ulgę, że w końcu mógł z siebie to wyrzucić.

    Wyżej opisany przypadek jest wyjątkowy pod wieloma względami. Po pierwsze Linda nigdy wcześniej nie spotkała kogoś, kto był świadkiem fizycznej przemiany człowieka w zwierzę. Najczęściej świadkowie opisywali bestię z wilczą, lub psią głową, która robiła to i tamto, głównie rzeczy, które raczej nie mają cech nadnaturalnych (nie licząc faktu, że był to wilk na dwóch łapach). Domniemanie, że to co widzieli było wilkołakiem wywodziło się z tego, że świadkowie nie umieli porównać tego do czegokolwiek innego. Często również dochodził tutaj czynnik wiary. I tak chrześcijanie tłumaczyli obecność takiego stworzenia ingerencją szatana, lub demonów, Indianie wierzyli, że był to jeden ze zwierzęcych duchów natury, wyznawcy New Age twierdzili, że jest to fizyczna manifestacja myśli, lub pewnego rodzaju duchy ziemi.

    Jednakże Preston nie musiał niczego sobie dopowiadać i interpretować tego co widział pod kątem swojej wiary. Był naocznym świadkiem fizycznej przemiany człowieka w zwierzę. To natomiast może stanowić (a przynajmniej dla Prestona stanowi) doświadczalny dowód na to, że te stworzenia nie należą do jeszcze niepoznanego gatunku zwierząt, a są czymś nadnaturalnym. Prawda jak to często się okazuje może być dziwniejsza od fikcji.

    Po drugie do wydarzenia doszło w Madison, mieście, które jest przepełnione ludźmi. Przeważnie do spotkań z wilkołakami dochodzi na terenach słabo zurbanizowanych, odseparowanych i najczęściej gęsto zalesionych, w każdym razie na pewno nie w środku miasta, przy jednej z ruchliwych ulic, pod ulicznymi światłami.

Po trzecie.... wilkołak tańczący breakdance? Nie uważacie, że to jest zbyt dziwne?

    Wytłumaczeń tej historii może być sporo, poczynając od dużego psa, który dzięki zwykłej grze świateł wydawał się w oczach rozdygotanego emocjonalnie Prestona człowiekiem zmieniającym się w potwora, poprzez małpę, która uciekła z lokalnego zoo, a kończąc na nieco bardziej "dziwnych" wyjaśnieniach, jak rzeczywista przemiana człowieka w bestię. Skoro jednak jesteśmy na tym pochrzanionym blogu to spróbujmy skupić się na ostatniej możliwości.

LSD, poganie i przemiana


    LSD jest środkiem psychodelicznym (nie mylić z halucynogenem) zmieniającym percepcję postrzegania rzeczywistości, w zależności od danej osoby, która bierze specyfik, jak również sytuacji, miejsca itp. Co ciekawe, jednych może wrzucić w wir nieprzyjemnych doświadczeń, wręcz traumatycznych, innych może natomiast obdarzyć błogostanem, wspaniałą euforią i miłością do świata. Na każdego praktycznie działa inaczej. Dlaczego? Według Stanislava Grofa, czeskiego psychiatry, który poświęcił swoje życie badaniu wpływu psychodelików na ludzi, substancje te działają jak katalizatory pewnych nieświadomych procesów wewnętrznych, uwalniają to co drzemie głęboko w nieświadomości jednostki, a także nieświadomości zbiorowej. Jednym słowem to co kryje się w głębi ludzkiej natury pod wpływem psychodelików wyłazi na powierzchnię, a czasem to coś jest naprawdę przerażające. No ale dobra, co to ma wspólnego z naszym tańczącym breakdance wilkołakiem?

    Otóż tak się złożyło (przypadkowo oczywiście), że Linda w dniu, w którym odbyła ową interesującą pogawędkę z księgarzem Prestonem, kupiła dokładnie w tej samej księgarni książkę pt. The Eagle's Quest: A Physicist Finds the Scientific Truth at the Heart of the Shamanic World autorstwa Freda Alana Wolfa (przypadek?). W tej oto książce autor opisuje pewien ciekawy przypadek, który został zaobserwowany przez jednego z jego znajomych, Chrisa Halla, badacza szamanizmu.

"Chris powiedział mi, że uczestniczył w wydarzeniu, podczas którego dokonała się rzeczywista fizyczna przemiana. Zostało to zaobserwowane na wzgórzu nieopodal Brighton (przyp. tłum. Anglia), w lutym 1988. Ktoś, kto był mocno zaangażowany w neopoganizm wziął dawkę LSD, po czym zaczął przemieniać się w czteronożne zwierzę.
Inni zgromadzeni, również to widzieli, wszyscy byli co do tego zgodni. Jednakże Chris nie potrafił opisać co to było za zwierze. Dla niego była to swego rodzaju mityczna bestia."

    Madison jest znane z wolnomyślicielstwa, zlepku różnych religii czy też kultur. Jest to miasto, w którym człowiek mógłby się przemienić w wilka na środku ulicy i w sumie nie za bardzo zwróciłby na siebie uwagę. Idealne miejsce dla wszelkiego rodzaju dziwaków, szamanów czy też... wilkołaków. Czy Preston widział zatem kogoś zaangażowanego w starą animalistyczną, pogańską religię i dzięki działaniu psychodelików przeszedł przemianę w bestię, która drzemała ukryta głęboko w jego nieświadomości? 

sobota, 13 września 2014

Wilkołaki Z Riese

Przyjaciel podrzucił mi dzisiaj ciekawy materiał.

Pan Dariusz Kwiecień, badacz tajemnic III Rzeszy opowiada o jego doświadczeniach na temat spotkań z ludźmi-wilkami w Polsce, a konkretnie na terenie gminy Głuszyca.

W czasie II wojny światowej Głuszyca znajdowała się w rejonie budowy największego podziemnego kompleksu hitlerowskich Niemiec o kryptonimie "Riese". Do dzisiaj przeznaczenie budowli jest owiane mrokiem tajemnicy.

Faktem jest jednak, że gmina ta, wraz z Górami Sowimi obfitują w niezliczoną ilość przedziwnych zdarzeń. Począwszy od często widywanych świateł na niebie, spodków latających, kręgów na ziemi, a skończywszy właśnie na spotkaniach z wilkopodobnymi dwunożnymi istotami, które na dodatek są telepatami.

Temat Riese i zdarzeń, które miały i mają nadal tam miejsce będzie się często tutaj przewijał.

Zapraszam do wywiadu z Panem Dariuszem dla niezaleznatelewizja.pl

 

Stworzenia, o których opowiada pan Dariusz podobnie jak wilkołaki z USA (Michigan, Wisconsin) wydzielają okropny fetor śmierci, a także widocznie miłują się w rozgrzebywaniu grobów (bestia z Bray Road, rok 1920). 

Co więcej z historii, które przytacza Pan Darek można wywnioskować, że również w Polsce ma miejsce celowa mistyfikacja informacji na temat zjawisk paranormalnych, UFO, ośmieszanie świadków i niszczenie dowodów. Kto to robi i dlaczego?  Ile osób, tyle teorii.

Odnośnie tych historii przypomniała mi się jedna, która wydarzyła się po drugiej stronie Polski, w Hrubieszowie niedaleko Zamościa. Niestety historię znam jedynie w strzępkach. Wspomniał o niej autor bloga zmiennoksztaltne.blogspot.com

Chodziło o brygadę żołnierzy, która stacjonowała (bądź miała jakieś ćwiczenia), nieopodal ruin w hrubieszowskich lasach. Jeden z żołnierzy pod wpływem alkoholu zaczął się bardzo agresywnie zachowywać, więc plutonowy rozkazał zamknąć go w lochach ruin. To co wydarzyło się później przechodzi ludzkie pojęcie.

Poniżej zamieszczam cytat z wspomnianego bloga, jest to część korespondencji z osobą, która znała tą historię od swojego brata.

"Jeśli chodzi o żołnierza z Hrubieszowa, to wiem że był artykuł na temat tego wydarzenia (ale go nie czytałam)  bart mi o tym opowiadał, On sam dowiedział się od swoich kolegów. chodziło o agresywnego żołnierza którego zamknięto w jakimś lochu. Napisze Ci dokładnie to co mi brat powiedział - To było jakoś wieczorem rozpalili ognisko, jeden z żołnierzy był lekko pijany, stał się agresywny, wszystkich zaczepiał, groził nożem, więc plutonowy postanowił go odizolować od wszystkich.
    Zamknął go w takim starym  lochu, to fragment jednego z tuneli w lesie Hrubieszowskim, oni tam w pobliżu mieli obozowisko, kończyli poligon. Jak go tam zamknęli to na początku się wydzierał i odgrażał, później się uspokoił .Ale w pewnym momencie zaczął walić w drzwi błagać aby go wypuścili, zaczął krzyczeć że coś strasznego do niego idzie, prosił aby mu uwierzyli, nikt mu nie uwierzył, sadzili że robi to po to aby wyjść. Krzyczał że to coś strasznego, po chwili jego głos ucichł, po jakimś czasie zajrzeli do niego bo myśleli że się po prostu uspokoił. TO co zobaczyli było straszne, był rozszarpany na strzępy.
    Wszyscy bardzo to przeżyli, plutonowy popełnił samobójstwo, nie mógł sobie darować że nie otworzył tych drzwi. Z tego co wiem to próbowano znaleźć jakieś zwierze co zadaje takie obrażenia, brano pod uwagę nawet niedźwiedzia, wilka, ale nic nie pasowało. Brat mówił że oni tam nie wchodzą do tych lochów i jakiejś części lasu bo tam straszy.

[...] To było w latach 90-tych, wtedy było wojsko poborowe, brat od nich m.in. się o tym zdarzeniu dowiedział.
    Co do plutonowego popyta w jednostce, ale nic nie może obiecać bo kadra i żołnierze z tamtej obsady są już w cywilu. Szukałam dziś w internecie w archiwach prasowych lokalnych tygodników i dzienników ale one są jedynie do 2001 albo do 2005 r. 
    Brat powiedział że to na pewno było w prasie, to miało miejsce w lesie ale nazwy nie pamięta, powiedział że oficjalna wersja to niedźwiedź który go zaatakował co wydało mu się podejrzane, bo tu nie ma niedźwiedzi, dlatego zwrócił na to uwagę".

Widocznie wilkołaki w Polsce lubią ukrywać się pod ziemią. 

Podobnie jak w przypadku Głuszycy i z tamtymi okolicami wiąże się wiele dziwnych zjawisk. 
Być może w tych miejscach istnieją wrota do innych wymiarów? A być może znajduje się tam coś, co ściąga do siebie byty nadprzyrodzone? Ale to tylko takie daleko posunięte przypuszczenia, nie poparte absolutnie niczym :)

piątek, 22 sierpnia 2014

Wilcza manifestacja

Moja fascynacja zjawiskami wykraczającymi poza to co uważamy w dzisiejszych czasach za normalne jest ze mną od początku, to znaczy dokąd sięga moja pamięć. Oczywiście mam przebłyski z okresu kiedy byłem szczeniakiem w wózku, ale wtedy nie bardzo zastanawiałem się nad tym kim jestem. Żyłem chwilą, jak większość dzieci w tak wczesnym wieku. Bez przeszłości, bez przyszłości.

Razem z kuzynem bawiliśmy się w wilkołaki, chodziliśmy przygarbieni jak bestie i szczerzyliśmy na siebie zęby. Musiało to wyglądać nad wyraz głupkowato. Wtedy moja fascynacja przejawiała się w zabawach, filmach o wilkołakach i grą na konsoli Nintendo „Werewolf. The Last Warrior”.

Werewolf: The Last Warrior
Werewolf: The Last Warrior

Do momentu kiedy przeżyłem coś, co nie było filmem, grą, czy zabawą. Coś co było moim pierwszym niewytłumaczalnym doświadczeniem związanym z wilkołactwem.

Wydarzyło się to, gdy miałem 12 lat. Zajmowaliśmy wtedy z rodziną mieszkanie. Dzieliłem pokój z bratem i siostrą (oczywiście mieliśmy osobne łóżka). Sypiałem i sypiam zazwyczaj dobrze, nie mam problemów ze snem, nigdy nie lunatykowałem, a jedynym zaburzeniem jest chrapanie, kiedy śpię na plecach. 

Co noc kładłem się do swojego łóżka, zasypiałem i budziłem się rano w tym samym łóżku. Standard. Aż do tamtej pamiętnej nocy. 

Zasypianie przebiegało całkowicie normalnie i szybko (nie mam z tym problemów). Gorzej było z pobudką. Nie obudziłem się o poranku pod ciepłą kołderką, a w środku nocy, na zimnej posadzce naszej łazienki. 

Nie, to nie była pełnia Księżyca, wręcz przeciwnie. Księżyc został pochłonięty przez czarną, bezgwiezdną noc. Powoli podniosłem się z posadzki, nie zdając sobie na początku sprawy z tego co się dzieje i gdzie w ogóle jestem. Odruchowo, kierowany podświadomością zacząłem iść w kierunku drzwi. Próbowałem wyjść... próbowałem. Być może gdyby mi się udało, nie pamiętałbym na następny dzień, że cokolwiek takiego miało miejsce. Drzwi jednak nie drgnęły. 

Tutaj muszę zaznaczyć, że naszej łazienki nie można było zamknąć, a tym bardziej zatrzasnąć, ponieważ nie miała zamka w drzwiach. Często musieliśmy pakować tam naszego psa, gdy przychodzili goście (nie lubił gości), a jedynym sposobem na to by nie uciekł, było blokowanie wejścia miotłą. Nie myślałem wtedy o tym. Miałem to gdzieś, po prostu instynktownie chciałem się stamtąd wydostać. 

Coraz silniej szarpałem za klamkę i coraz mocniej popychałem drzwi. Równie dobrze mógłbym napierać na ścianę. Zero reakcji. W tym momencie ogarnął mnie strach. Doszła do mnie sytuacja w jakiej się znalazłem. Teleportacja w środku nocy do łazienki, z której nie mogłem się wydostać. Czy to w ogóle moja łazienka? Zacząłem wołać o pomoc. Nasze mieszkanie było dosyć małe. Trzy pokoje, kuchnia, łazienka i korytarz. Mała szansa na chwilę prywatności. Moje wołanie odbiło się jedynie echem od ścian łazienki. Poczekałem chwilę i znowu zacząłem krzyczeć, a raczej wrzeszczeć – w normalnych warunkach powinni mnie słyszeć sąsiedzi zza ściany. Nic. Kompletna cisza, jedynie pogłos mojego krzyku w łazience. Rozejrzałem się dookoła. I wtedy to zobaczyłem.

Leżał sobie spokojnie, w kącie łazienki, nieopodal wanny. Jakby nigdy nic. Był wielkości dużego owczarka niemieckiego. Dostrzegłem kontury, ciemną sylwetkę i błyszczące w mroku oczy. Myślę, że reakcja mojego umysłu była prawidłowa i prawdopodobnie uchroniła mnie przed wyskoczeniem przez okno. „Spokojnie, to tylko mój pies”. Gapił się na mnie z miejsca legowiska. Prawdę mówiąc ta myśl uspokoiła mnie trochę. Przynajmniej był tam ktoś kogo znam, kto w razie czego mnie obroni przed czymś co wisiało w powietrzu. 

Spadło na mnie chwilę po tym. Czułem jakby tony gęstego jak galareta powietrza napierało na mnie od góry. Okropne uczucie, a raczej przeczucie, które przenikało całe moje ciało. Przeczucie ogromnej katastrofy. Jeśli mam to jakoś opisać, to tak jakby zderzenie czegoś niesamowicie spokojnego, anielskiego i błogiego z ogromną, bestialską agresją. To jakby na rodzinną kolację wigilijną, wśród świec, choinki, kominka, wzajemnych ciepłych życzeń oraz kolęd, wpadł nagle oddział terrorystów i zaczął wszystkich brutalnie mordować. Okrutne uczucie. 

Ciśnienie narastało i przygniatało mnie do zimnych kafelek łazienki. Czułem że to koniec, że zaraz stanie się coś okropnego, bałem się o swoje życie i życie bliskich. Ostatkami sił, podniosłem się, rozpędziłem i uderzyłem barkiem w drzwi. Później drugi i trzeci raz. Bez skutku. Drzwi były jak z kamienia. Upadłem na ziemię. Jedynym pocieszeniem był „pies”, który teraz podniósł się i patrzył na to co się ze mną dzieje, jakby nigdy nic. Dlaczego do mnie nie podchodzi? Czemu cholera nic nie robi? 

Krzyczałem, choć wiedziałem, że nikt mnie nie usłyszy. Leżałem pod drzwiami, nie mogłem się ruszyć i płakałem z przerażenia. Wtedy drzwi otworzyły się i usłyszałem głos „co ty tutaj robisz?”. To był mój brat. Nagle wszystko ustało w jednym momencie. Okropne przeczucie zniknęło, mogłem się znowu poruszać bez problemu. Wstałem i oznajmiłem mu, że utkwiłem w łazience! Nikt nie przychodził, mimo że krzyczałem. 

Brat wcale nie przybiegł mi z pomocą, po prostu przyszedł za potrzebą. Stał zaspany w drzwiach z miną, która mówiła „nie chce mi się z tobą gadać, spadaj!” Według niego nasz pies, który leżał pod drzwiami, blokował wyjście z łazienki. Nie zastanawiałem się nad tym długo, chciałem tylko wrócić do łóżka, byłem wyczerpany. 

Nazajutrz całe zajście wydawało mi się niesamowicie nierealne. Nie miałem bladego pojęcia co o tym myśleć. Wiedziałem jednak, że to nie był sen, co zresztą potwierdził mój brat, opowiadając wszystkim, że lunatykowałem w łazience. 

Skoro nasz pies leżał pod drzwiami, co w takim razie gapiło się na mnie w łazience? Druga sprawa. Może nie byłem siłaczem, ale jaki pies nie zbudziłby się, gdyby słyszał i czuł że ktoś wręcz próbuje staranować drzwi z drugiej strony? Blokada drzwi przez psa, jest zresztą irracjonalna, nie muszę tego tłumaczyć. 

To co zobaczyłem w łazience nie było moim psem, było czymś co nie należy do nikogo. Czarny wilkopodobny kontur, wpatrujący się we mnie swoimi błyszczącymi oczami. Wilk, który dał o sobie namacalnie znać po raz pierwszy w moim życiu w dość brutalny sposób. A być może tylko mnie wspierał? W końcu był moim jedynym pocieszeniem na zimnych płytkach łazienki.

Co ciekawe, długi czas po tym zdarzeniu zobaczyłem w sieci grafikę (poniżej), która idealnie odwzorowywała moje przeżycie. Napisałem do gościa, który ją wykonał. Okazało się, że jest terianem, a grafika odzwierciedla jego osobiste doświadczenie.
 


Wilkołak w łazience
Grafika pewnego teriana

wtorek, 14 stycznia 2014

Mój przyjaciel wilk

czarny wilk

Dzisiaj przypadek z pierwszej ręki, czyli doświadczenie własne.

Wydarzyło się to zimą 2011 roku. Zacznę jednak od początku, wyrwane z kontekstu nic nie znaczy.
Jakiś czas temu poznałem człowieka, nazwijmy go Chris (prawdziwe imię i nazwisko pozostanie anonimowe). 30 letni prawnik, żona, kilka psów, życie na całkiem wysokim poziomie… therianin. Poznałem go przez Internet, na początku tylko pod pseudonimem, rzadko ktoś z wilkiem w środku obnosi się z tym publicznie. Poza tym Internet jest miejscem, gdzie najłatwiej spotkać wilka, gwarantuje on anonimowość. Po jakimś czasie znaliśmy się na tyle dobrze, że postanowił mi zaufać. Poznałem jego prawdziwą osobowość, taką jaką znają wszyscy z jego otoczenia. 

Kłamstwo łatwo rozpoznać, a przynajmniej w przypadku kłamania o swoim rzekomym wilkołactwie. Tutaj pełno jest małolatów, którzy uciekają w wirtualną rzeczywistość, budując swoje własne, wirtualne ego budzące strach i szacunek. Błędy w pisowni, tandetne pytania i mocno przerysowane odpowiedzi. To się po prostu czuje.
Z nim było inaczej. Mądry facet, z bagażem życiowych doświadczeń. Zrodziła się między nami więź, nie rozmawialiśmy jedynie o temacie, który jest częścią zarówno jego jak i mojego życia, ale również o problemach, sukcesach i porażkach, o zwykłej codzienności. 

Dzięki niemu zdobyłem informacje, które odmieniły moje życie, a przynajmniej pod pewnym względem. Przedstawił mi swojego znajomego – skrytego człowieka, który rozmawiał ze mną jedynie dlatego ponieważ znałem Chrisa. Obaj widzieli rzeczy, które normalnie ogląda się w hollywoodzkich horrorach. Człowiek, któremu nocą wyrastają wilcze kły, którego podczas spaceru w lesie opętuje zwierzę, obrasta sierścią i biega niczym wilk wypuszczony na wolność po kilkuletniej uwięzi. Chris zaufał mi na tyle, że pokazał mi zdjęcia z pewnego ciekawego eksperymentu. Eksperyment polegał na umieszczeniu kamer w pokoju tego, który posiadał zdolność do niekontrolowanej przemiany fizycznej. Filmowały go całą noc (przemiana fizyczna często pojawia się podczas snu – przez całe życie możesz nie być tego świadomy). Ostry ząb, który wyglądał spod warg przyprawił mnie o konsternację. Czy on czasem nie robi sobie ze mnie żartów? Znam faceta, czy na pewno zadałby sobie tyle trudu by robić mnie w bambuko? Zaakceptowałem jednak to co zobaczyłem i pozostawiłem to w tym miejscu, nie próbowałem tego tłumaczyć.

Chris zaproponował, że pomoże mi połączyć się z wewnętrznym wilkiem. Powiedział, że jestem z nim za daleko, że go zaniedbuje. Miał owszem rację. Praca, studia i durne problemy stłamsiły to czym byłem. Wprowadziłem się w stan relaksacji, w której miałem doświadczyć jak złoty pazur wbija się w punkt pomiędzy moimi oczami, w tzw. trzecie oko. Po krótkiej hipno-wizualizacji zobaczyłem czarnego wilka stojącego naprzeciw mnie. Nie odczuwałem strachu, wręcz przeciwnie, coś jakbym zobaczył przyjaciela po długiej rozłące. Wiedziałem, że jest częścią mnie. Wilk powolnym krokiem zbliżał się w moim kierunku patrząc mi w oczy, po czym wtopił się w moje ciało, rozpłynął się w nim niczym duch. Zjednoczyliśmy się w jedno i pamiętam, że poczułem się wtedy naprawdę dobrze. Trudno powiedzieć czym było to co przeżyłem tamtego dnia, czy to tylko wytwór mojej wyobraźni, czy też doświadczenie o dużo głębszym, czysto duchowym znaczeniu.

Wewnętrzne zwierzę jest jak przyjaciel i tak też powinno być traktowane. „Zwracaj się do niego z miłością” mówił. No cóż, nie zaszkodzi spróbować, pomyślałem. Tak więc mówiłem do niego często (i tak często gadam do siebie więc teraz miałem kompana).

Wróćmy więc do początku, do wydarzenia, które według mnie jest ściśle związane z moim zjednoczeniem.
Był mroźny, zimowy wieczór, wiał lekki wiatr.  Idealna pora na spacer z moim świętej pamięci rudym, psim przyjacielem. Pochodzę ze wsi na południu Polski i tam też przyjeżdżam raz na czas, by odpocząć od miejskiego zgiełku. Piękna, malownicza okolica i poczucie, że coś wisi w powietrzu, jakby coś ukrywało się przed tobą, patrzyło na ciebie, obserwowało każdy twój ruch. Lubię to miejsce. W szczególności z dala od domów, ludzi i ich problemów. Czuję się wtedy jak wędrowiec bez przeszłości i przyszłości. Jestem tylko ja, leśna ścieżka i to co stanie na mojej drodze. Widywałem na niej już różne stworzenia, drapieżne ptaki, przyczajone sarny w ostatnim momencie wyskakujące z wysokiej trawy, jelenia który kilka metrów przede mną zaczął szczekać jak pies alarmując stado przed zagrożeniem, rodzinę dzików, lisa, ogromnego kruka, czarne bociany i okolicznego lumpa, który akurat zbudził się po popołudniowej drzemce w lesie. Jednak tamten zimowy wieczór zapadł mi w pamięć. Był wyjątkowy.

Nieopodal lasu, rozpocząłem rozmowę z wilkiem, a raczej wyraziłem prośbę. „Jeśli masz mi się kiedykolwiek pokazać, zrób to teraz”.  Wiedziałem, że tutaj jest do tego odpowiednie miejsce i czas.
Stanąłem jak wryty kiedy nagle zobaczyłem, kilkanaście metrów przede mną, wielkiego, czarnego jak noc wilka, przebiegającego przez moją ścieżkę, dokładnie takiego jakiego widziałem w swojej głowie. Trwało to zaledwie sekundę, ale dla mnie czas stanął w miejscu. Widziałem go dokładnie. Majestatyczne, potężne zwierze, poruszające się niczym skrytobójca. Biegł ze spuszczonym łbem, a ciemna, gęsta sierść okalająca jego kark nadawała mu bestialskiego wyglądu. Mój pies nie zauważył niczego, patrzył na mnie zdziwiony i merdał ochoczo ogonem jakby chciał zapytać "co jest? Czemu stoimy?".
Zapadał zmierzch, a ja stałem jak wryty na skraju lasu i walczyłem ze strachem i fascynacją. Uwiązałem psa na smyczy i szybko pobiegłem z nim w miejsce, w którym wilk przeciął ścieżkę. Nie pozostawił żadnych śladów na mokrym śniegu. Po prostu zniknął, przepadł. Wilk widmo? Pies? Ale skąd tu pies i gdzie jego właściciel?

ścieżka wilka
ścieżka spotkania

Nie jestem człowiekiem, który we własnym cieniu widzi potwory, nie widzę duchów, demonów, nie boję się ciemności. Może to głupio zabrzmi, ale na swój sposób jestem sceptyczny.
Tego wieczora wiedziałem jednak co zobaczyłem, czułem to całym sobą i byłem ogromnie za to wdzięczny. Być może dla osoby trzeciej będzie to zwykłe, przypadkowe spotkanie z jakimś wielkim zdziczałym psem, a być może i wilkiem. Ja jednak w przypadki nie wierzę, wszystko ma jakiś określony sens.

Po pewnym czasie połączyłem to wydarzenie z bardzo dziwnym doświadczeniem z mojego dzieciństwa. Mówiłem, że nie widuję potworów? No cóż, kiedyś zdarzył się wyjątek od tej reguły, ale to już inna historia.

czwartek, 2 stycznia 2014

Ślad bestii - Bendon, Michigan, USA 2007

odcisk wilkołaka
Odcisk sfotografowany przez świadka

Historia ta została przekazana z drugiej ręki, przez szwagra naocznego świadka, który chciał pozostać anonimowy z powodu jego wysokiej pozycji społecznej.

„Wydarzyło się to ostatniej soboty około 12:00 w nocy. Wracał właśnie do domu w mieście Traverse po wizycie u swojego przyjaciela w Benzonii. Jadąc wzdłuż drogi Cinder, niedaleko miasta Bendon spostrzegł parę oczu, od których odbijało się światło przednich reflektorów. Zwolnił myśląc, że jest to jeleń stojący na środku drogi. Szybko zmienił zdanie. Obiekt był o wiele większy i ciemniejszy od jelenia. Mimo tego, że był już jakieś 100 metrów od stworzenia, nie wykonało ono żadnego ruchu. Zatrzymał samochód będąc już na tyle blisko zwierzęcia, że mógł zobaczyć je w całej okazałości. Stało nieruchomo, wpatrując się wprost w niego. Jedyne zwierze do którego mógł porównać to coś co zobaczył był ogromny, czarny wilk, tyle że… stojący wyprostowany na dwóch tylny łapach. Obok niego leżał martwy jeleń. To coś mierzyło jakieś 180 – 190 cm wzrostu i miało bardzo ciemną sierść. Przez chwilę był przekonany, że ktoś robi sobie z niego żarty i celowo umieścił wielkie, wypchane zwierze na środku drogi. Nigdy przedtem przecież nie widział niczego podobnego, w dodatku zwierze stało w całkowitym bezruchu. Nie zdążył nawet dokończyć tej myśli, kiedy stwór powrócił na cztery łapy i szybko uciekł do lasu po przeciwnej stronie drogi.

Powiedział mi, że na minutę zastygł w miejscu, na samym środku jakiejś wiejskiej drogi zastanawiając się co do cholery się przed chwilą stało?! Zażartowałem sobie z niego pytając czy nie był czasem pijany tamtej nocy. Odpowiedział mi ze śmiertelnie poważną twarzą: „Nie… cokolwiek się wtedy wydarzyło, wydarzyło się naprawdę”. Oczywiście to było zanim zobaczyłem zdjęcia.

Stworzenie zostawiło ślady. Zrządzenie losu sprawiło, że tej nocy miał przy sobie cyfrowy aparat. Pokazał mi zdjęcia odcisków łap, które miały jakieś 18 cm średnicy. Umieścił w jednym z nich pocisk dla porównania wielkości. Ziemia była na tyle miękka, że ślady były widoczne kilka kroków od samochodu. Całe szczęście, bo nie miał zamiaru zapuszczać się w głąb lasu.
Od tamtej pory jest śmiertelnie przerażony na samą myśl przebywania nocą w lesie. Zapytałem go czy zwierze wydało jakiś odgłos, zanim uciekło, ale odpowiedział, że niczego nie słyszał.

Gdyby nie zdjęcia uznałby, że to po prostu wyobraźnia płata mu figle. Na pytanie czy mógł to być niedźwiedź odpowiedział „absolutnie nie”. Poluje na niedźwiedzie co roku, więc z całą pewnością wie jak wyglądają.

To jego historia. Wierzcie w to lub nie. Gdybym go dobrze nie znał i nie zobaczyłbym zdjęć, uznałbym, że postradał zmysły. Słyszałem piosenkę (The Legend of Dogman) i zeznania innych świadków, ale zawsze traktowałem to jako rodzaj rozrywki. Ta historia uzmysłowiła mi, że człowiek-pies nie jest tylko zmyśloną historyjką.”

Źródło:
http://www.michigan-dogman.com/

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Wilkołak z Morbach

kapliczka wilkołaka
kapliczka ze świecą w Morbach

Thomas Johannes Baptist Schwytzer - dezerter armii napoleońskiej był w drodze do swojego domu w Alzacji (Francja). W ucieczce towarzyszyli mu Rosjanie, również dezerterzy.
Przechodząc przez Wittlich – wtedy wieś w południowych Niemczech, głodni żołnierze napotkali na swej drodze farmę i zdecydowali się zaspokoić tam swoje potrzeby. Zostali zauważeni przez farmera, którego zabijają wraz z synem z zimną krwią. Żona mężczyzny widząc ten ohydny postępek, w rozpaczy przeklnęła Schwytzera:
 "Od teraz podczas każdej pełni księżyca, będziesz przemieniał się we wściekłego wilka!" - krzyczała w swej nienawiści. Schwytzer szybko skrócił cierpienia nieszczęsnej kobiety, roztrzaskując jej czaszkę.

Z biegiem czasu klątwa zaczęła dawać o sobie znać. Stopniowe zmiany w osobowości Schwytzera przemieniły go w bezwzględnego mordercę, pławiącego się w swoich własnych plugawych czynach. Jego towarzysze zszokowani tym co robił, opuścili go. Schwytzer samotnie udał się w głąb lasu, który stał się dla niego nowym domem.

Wkrótce w miejscowości ludzie opowiadali o wilku chodzącym jak człowiek, na dwóch nogach. Znajdywano ciała brutalnie zamordowanych ludzi oraz zwierząt.
Pewnego razu Schwyzer obserwował piękną córkę miejscowego farmera - Elizabeth Beierle. Zapałał do niej zwierzęcą żądzą, napadł na nią i ją zgwałcił.

Dzień później, został zauważony przez mieszkańców wioski, kiedy szykował sobie posiłek nad ogniskiem. Wszczęli za nim pościg, który zakończył się niedaleko Wittlich. Wilkołak został otoczony, a żądni zemsty ludzie szybko się z nim rozprawili.
W miejscu jego pochówku została wybudowana kapliczka, w której zapalono świecę. Ogień świecy miał chronić mieszkańców przed powrotem wilkołaka (zdj. na górze strony).

Dziewięć miesięcy później  Elizabeth Beierle urodziła syna, którego nazwała Martin. Dziecko nie odziedziczyło po swoim ojcu klątwy.

To legenda, która jest dobrze znana po dziś dzień w niektórych rejonach Niemczech.

Druga część historii rzekomo wydarzyła się naprawdę.

Wilkołak spoczywał w uśpieniu aż do roku 1988, kiedy to grupa amerykańskich żołnierzy stacjonowała w bazie sił powietrznych Hahn AB. nieopodal Morbach. Dobrze znali legendę o wilkołaku i kapliczce z nieustannie płonącą świecą. Pewnego wieczoru powracający z patrolu żołnierze zauważyli,  że świeczka zgasła. Poszli dalej przed siebie i żartowali na temat potwora, nie biorąc sobie do serca lokalnej przestrogi.


baza Hahn
Baza sił powietrznych Hahn

Późno w nocy rozbrzmiały syreny alarmowe, które obwieszczały, że ktoś lub coś przedostało się na teren bazy. Strażnik, który udał się na miejsce spostrzegł wielkie zwierzę, podobne do wilka, stojące na swoich tylnych łapach. Bestia rzuciła mu złowrogie spojrzenie, po czym przeskoczyła przez 3 metrowe ogrodzenie i zniknęła w gęstwinach lasu.

Pies policyjny, który został przyprowadzony na miejsce zdarzenia, w celu wytropienia stworzenia, zaczął się dziwnie zachowywać i odmówił posłuszeństwa.

Od tamtej pory świeca w kaplicy cały czas płonie, a wilkołak nie pojawił się ponownie po dziś dzień.

Legenda, jak legenda, trudno stwierdzić co w niej jest prawdą, a co fikcją. Aczkolwiek kobieta mogła sobie odpuścić tego wściekłego wilka. Zamiast tego mogła go przemienić w jakieś inne, mniej niebezpieczne zwierzę np. "od teraz po wsze czasy będziesz obleśnym karaluchem!"

Zdarzenie natomiast, które opisałem powyżej mogło rzeczywiście mieć miejsce. W sieci znalazłem kilka  wypowiedzi, ludzi którzy twierdzą, że stacjonowali w latach 90-tych w bazie Hahn w Morbach. Opinie oczywiście są podzielone. Jedni uważają, że legenda jest tylko historyjką, którą straszyło się nowicjuszy w bazie, inni, że w lasach Morbach grasuje dwunożna bestia, przypominająca wilkołaka. Poniżej zamieszczam kilka przykładów takich komentarzy. Pozwoliłem sobie przetłumaczyć je na nasz ojczysty język.

Byłem Strażnikiem w Hahn od 86 do 90 r. i spędziłem sporo czasu w Morbach. Słyszałem wszystkie historie o wilkołaku, ale nigdy nie widziałem niczego co mogłoby świadczyć o jego istnieniu. Często przechadzałem się po obszarze, czasem nawet samotnie. Straszyliśmy dla żartu nowych opowieściami o wilkołaku, a później rozkazywaliśmy im iść na obchód pieszo. Jeden z naszych K-9 [tłum. pies policyjny) był wielkim, czarnym bouvier'em o czerwonych oczach. Zawsze wysyłaliśmy go naprzeciw nowicjuszy. - GMAC

Stacjonowaęm w Hahn w 1992 r. Historie o Wilkołaku z Morbach są bardzo prawdziwe dla tamtejszej ludności. Baza znajdowała się w miejscu gdzie kiedyś leżała wioska. Według legend została ona przeniesiona dalej z powodu wilkołaka, który był nieustannym zagrożeniem dla jej mieszkańców.

Szczerzę uważam, że jakieś wielkie zwierze  zamieszkuje tamtejsze tereny. Otrzymałem bardzo wiele zgłoszeń od pracowników bazy, którzy to widzieli. Pojawiało się zarówno w dzień jak i w nocy. Jedynymi dużymi zwierzętami, które tam żyły były dziki. Morbach jest bardzo zalesione. Drzewa rosną tak gęsto, że niektóre rejony nie można przemierzyć nawet piechotą.  Trzy razy widziałem rozerwane ogrodzenie, które odgradzało od terenów, które były domem dla ogromu saren i jeleni, więc według mnie to zwierzę poluje na nie, tym bardziej, że często widywałem ciała zabitych jeleni. To wszystko  co mam do powiedzenia na temat Morbach. Nie sądzę, że jest to wilkołak, tylko jakiś duży, dziki kot.

- Venom012

Stacjonowałem w Hahn AB od 83 do 90 r. i często odbywałem obchód po lasach Morbach. Nazywaliśmy tego potwora MO-MO, i tak, szczerze wierzę, że coś dziwnego żyję w tych lasach. Możliwe że jest to duży pies, ale wiele razy widzieliśmy jak coś porusza się w głębi lasu i słyszeliśmy głośny skowyt. Mroziło to krew w żyłach i wtedy byłem ogromnie wdzięczny za moje M16. Całe to miejsce jest cholernie dziwne nocą. - Kayne

Stacjonowałem w Morbach od 91 do 93 r... Wraz z kumplem widzieliśmy coś w składzie bombowym co wygldało jak krzyżówka bull doga i małpy... nie polubiło nas, gdy przyświeciliśmy mu reflektorami naszej ciężarówki. To nie miało sierści, było muskularne i szczerzyło na nas kły. Po chwili uciekło przez Igloo (wzmocniony magazyn). Nie myśleliśmy, że to wilkołak, ale kiedy opowiedzieliśmy o tym naszym miejscowym znajomym, śmiali się i mówili, że ten stwór to tylko legenda i byśmy już więcej nie pili w pracy. - Shane

Stacjonowałem w Hahn od  82 do 84 r. wraz wraz z 50thSPS [tłum. jednostka amerykańskich sił powietrznych]. Pewnej nocy razem z czterema innymi zostaliśmy wysłani na patrol do składu amunicji NATO. Wszyscy z wzniesienia obserwowaliśmy przez noktowizor linię ogrodzenia. Widzieliśmy coś co zdawało się  nam na początku, że jest człowiekiem biegnącym w stronę ogrodzenia, przez które to coś przeskoczyło i wylądowało na czterech łapach jak wielki pies. Wszyscy byliśmy przerażeni. Cały incydent  trwał około minuty. Nie wierzę w legendy, ale to było naprawdę dziwne - Jake

piątek, 6 grudnia 2013

Człowiek-pies - Luther, Michigan, USA 1987

kły wilkołaka

Skoro już jesteście zaznajomieni z wilkołakiem, którego mieszkańcy Michigan ochrzcili mianem Dogman (człowiek-pies), nadeszła pora na historię z Luther.

Luther to mała miejscowość leżąca mniej więcej w centrum hrabstwa Lake, po zachodniej stronie półwyspu. Z  każdej strony otaczają ją lasy oraz farmy z niezliczona ilością chat i obozów łowieckich.

Na początku lipca 1987 roku do biura szeryfa hrabstwa Lake w Baldwin (jakieś 16 kilometrów na południe od Luther) zadzwonił telefon. Zastępca szeryfa - Jeff Chamberlain - z uwagą wysłuchał mężczyzny, który twierdził, że jego przenośną kabinę mieszkalną zaatakowało dzikie zwierzę. Uszkodzenia były na tyle znaczące, że mężczyzna zażądał by oficer sporządził raport z miejsca zdarzenia. Jeff skontaktował się ze strażnikiem leśnym Departamentu Zasobów Naturalnych Michigan, Ronem McCarty, by ten razem z nim udał się na miejsce. „Być może to był człowiek-pies, jak w tej piosence z radia” - żartował McCarty.

Kiedy jednak tam dotarli, żadnemu z nich nie było już do śmiechu. Drewniana kabina, została naznaczoną ogromną siłą. Odłamki z drzwi i ram okiennych zaśmiecały ziemię, a przednie okno było wybite. Stalowe drzwi zostały dosłownie wyrwane z zawiasów, a ich dolna część doszczętnie zniszczona. Szczątki okna były umazane krwią oraz śliną, a ślady kłów i pazurów na ścianach budynku (głębokie na 1,5 cm), widoczne były nawet powyżej 2 metrów nad ziemią.

Kabina z Luther dzisiaj
Jeff pokazuję jak wysoko były widoczne ślady pozostawione przez stworzenie
Chamberlain widząc to, początkowo stwierdził, że musiał to zrobić niedźwiedź, który próbował wejść do środka po coś do jedzenia.
„Czy kiedykolwiek widziałeś niedźwiedzia z takimi łapami?” powiedział właściciel kabiny. Wskazał wielkie ślady blisko wejściowych drzwi. Ślady były bardzo głębokie, co świadczyło o dużej wadze zwierzęcia, oraz kształtem definitywnie wskazujące na łapy dużego psa.
Następnego dnia zastępca razem ze strażnikiem uzupełniali raport. Obaj zgodnie stwierdzili, że ataku dokonało „niezidentyfikowane zwierzę”.

McCarty dzisiaj twierdzi, że był to po prostu zdziczały pies sąsiada, Jeff jednak nadal ma zachowany odłamek drewna z kabiny w Luther i ciągle zastanawia się czym było to "coś".

Fragment nagrania raportu z miejsca zdarzenia zamieściłem we wcześniejszym poście, można go usłyszeć na początku piosenki "The Legend of Dogman":

http://demonbezkresu.blogspot.com/2013/12/kiedy-legenda-staje-sie-prawda.html


Źródła:
- opis zaczerpnięty ze strony http://www.michigan-dogman.com/
- zdjęcia kabiny pochodzą ze strony http://www.nativeeyezmedia.com
- źródła informacji o zdarzeniu: Departament Zasobów Naturalnych Michigan, Departament Szeryfa Hrabstwa Lake